Za nim się obejrzałam, byłam już na przedmieściach, a muszę przyznać, że nie była to zbyt przeze mnie uczęszczana część miasta. Dosłownie, nie wiedziałam, gdzie jestem, aczkolwiek nie wiedziałam również, gdzie pójdę, tak więc, można uznać, iż byłam w punkcie zero, zdana tylko i wyłącznie na życzliwość ludzi, których - jak okiem sięgnąć - nigdzie nie było. W mojej głowie kłębiło się coraz więcej myśli, nie koniecznie na temat obecnej sytuacji. Aby trochę ochłonąć podeszłam do od dawna nie funkcjonującego sklepiku, oparłam się o jego ścianę plecami, jednak po chwili byłam już w pozycji siedzącej, z głową ukrytą w kolanach. Płacz. Właśnie tak najczęściej odreagowywałam, jednak nigdy nie udało mi się zmusić siebie samej do uronienia chociażby jednej łzy, także jeżeli płakałam, to szczerze.
Po dość długim czasie spędzonym na przyswajaniu sobie cholernie oczywistych faktów i ścierania kolejnych łez z policzków, poczułam na swoim ramieniu dotyk. Pod jego wpływem gwałtownie się odwróciłam, a moja pięść wylądowała na policzku stojącego przede mną chłopaka. Pod wpływem uderzenia cofnął się, jednak jego twarz wyrażała raczej rozbawienie, niż ból czy strach. Odskoczyłam od niego, trzymając rękami twarz, jednak w duszy byłam dumna z siebie. W końcu nie każda dziewczyna odważyła by się na taki czyn. Bo przecież równie dobrze mógł przede mną stać nawalony, żądny mordu pedofil. Jednak, na szczęście na takowego nie wyglądał.
- Boże przepraszam... - wymamrotałam. Chyba zdziwiłam tym chłopaka, gdyż przeprosiłam go niecałe dziesięć minut po zajściu.
- Nie masz za co! - z jego ust padła pewna odpowiedź.
- No skoro nie mam za co... - westchnęłam. - No po co mnie zaczepiłeś? - uniosłam podejrzliwie brew, chcąc się upewnić, że chłopak rzeczywiście nie jest żądnym mordu pedofilem.
- Bo jestem dobrze wychowanym dżentelmenem, a tacy winni pocieszać strapione damy. - kiedy tylko z jego ust wypadły słowa "strapione" do mojej głowy znów napłynęły zdarzenia z przed chwili. W oczach stanęły łzy. Kiedy jedna zaczęła spływać po moim policzku, poczułam wierzch ręki chłopaka.
- Powiesz mi co się stało... - spojrzał na moją rękę - Halszko? - na ręce bowiem nosiłam bransoletkę ze swoim imieniem. Wiem, że wielu z was może uznać to za głupie i dziecinne, jednak była to ostatnia rzecz, jaką ostałam od mojego ojca przed jego śmiercią.
- Naprawdę nic... - zaczęłam się wykręcać, a po moim policzku spływało coraz więcej łez. Chłopak jednak szedł w zaparte, toteż po chwili ujął moją twarz. Czułam na sobie jego oddech, spojrzenie, jego obecność. Nie powiem, nie była to sytuacja niekomfortowa, jednak zwyczajnie dziwna.
----------------------------------------------------------------------
MORDO, KOMENTUJ ALBO WCHODŹ NA MOJEGO ASKA I TAM WYRAŻAJ SWOJĄ OPINIĘ!
No i jest pierwszy rozdział. Po długiej mordędze, no ale jest. Mam nadzieje, że ciekawy, gdyż nie
szczególnie chciało mi się go pisać.
Mega!!!
OdpowiedzUsuńŚwietny rozdział :)
OdpowiedzUsuń